Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   139   —

— Tak, a wy chodziliście do szkół wyższych?
— Nie.
— Więc nie jesteście zdolni dać zadośćuczynienie. Zrozumiano?
To wprawiło w niemały kłopot poczciwego Sama Hawkensa. Wytrzymałem go przez chwilę w tym stanie, a wreszcie odezwałem się:
— Wprawdzie nie możecie mnie wcale wyzywać, ale ja mimo to dam wam pewne zadośćuczynienie.
— Jakie?
— Daruję wam moją skórę niedźwiedzią.
Małe jego oczka zamigotały natychmiast.
— Przecież sami jej potrzebujecie!
— Nie; wam ją oddam.
— Naprawdę?
— Tak.
Heigh-day, przyjmuję bez namysłu. Dziękuję, sir, dziękuję nadzwyczajnie! Halloo, a to się tamci będą złościli! Wiecie, co z tej skóry zrobię?
— No?
— Nową bluzę myśliwską, bluzę ze skóry szarego niedźwiedzia. Co za tryumf! Jestem znakomitym krawcem do tego. Przypatrzcie się tej, jak ją pięknie naprawiłem!
Wskazał na przedpotopowy wór, którym był odziany. Było tyle łat skórzanych naszytych jedna na drugiej, że bluza miała grubość deski.
— Ale — dodał z wielką radością — uszy, pazury i zęby wy dostaniecie, bo ja obejdę się bez tych trofeów, a wy zdobyliście je z największem niebezpieczeństwem dla życia. Zrobię wam z tego naszyjnik, ponieważ znam się na takich robotach. Chcecie?
— Dobrze.
— To słuszne, to słuszne, gdyż wówczas jeden i drugi będzie miał swoją radość. Jesteście naprawdę zuch, wielki zuch. Darujecie waszemu Samowi Hawkensowi skórę niedźwiedzią. Wobec tego możecie o mnie nawet powiedzieć, że pożeram nie tylko myszy polne,