Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   115   —

tym zamordowanym, hi! hi! hi! Czy zachodzi ten drugi wypadek?
— Samie, z takiej sprawy nie robi się żartów!
— Wiem o tem, wiem! Chciałem tylko dla dokładności wspomnieć o tym punkcie, gdyż zamordowany ma pierwsze i największe prawo domagać się ukarania mordercy. Wy nie macie powodu do oskarżenia, a my tak samo, gdzie zaś niema oskarżyciela, tam nie potrzeba także sędziego. Nie możemy więc tworzyć jury.
— Więc Rattler będzie korzystał z bezkarności?
— O tem niema mowy. Nie zapalajcie się tak! Daję słowo, że jak pewnie kula z mej Liddy celu dosięga, tak niechybnie spotka go kara ze strony Apaczów.
— A nas razem z nim!
— To bardzo prawdopodobne. Czy sądzicie zresztą, że zapobiegniemy temu zabiciem Rattlera. Razem chodzimy, razem dostaniemy się do niewoli i razem zawiśniemy na haku. Apacze nietylko jego, lecz także nas uważają za morderców i postąpią z nami jako z takimi, skoro nas w ręce dostaną.
— Nawet jeśli jego się pozbędziemy?
— Nawet wtedy. Wystrzelają nas, nie pytając, czy on jest z nami, czy nie. Ale w jaki sposób chcielibyście się go pozbyć?
— Napędzić.
— Tak, naradzaliśmy się już i nad tem, przyszliśmy jednak do przekonania, że po pierwsze: nie przysługuje nam prawo napędzać go, a powtóre: że nawet w przeciwnym razie nie uczynilibyśmy tego ze względów przezorności.
— Ależ, Samie, ja was nie rozumiem! Jeśli ktokolwiek mnie nie odpowiada, to się odeń odłączam. A cóż dopiero morderca! Czy musimy cierpieć przy sobie takiego łotra i pijaka, który nam coraz nowe kłopoty sprawia?
— Niestety tak. Usługi Rattlera wynajęto dla was, tak samo jak moje, Stone’a i Parkera i tylko ci, któ-