Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   110   —

może na karę? Pogodziłem się z tem raczej bezwiednie, ale jeszcze raz się narzucić — nie mogłem mimo przyrzeczenia, danego zmarłemu.
Biali stali w milczeniu dokoła, czekając, co uczynią Apacze. Ci, nie spojrzawszy już na nas ani razu, posadzili trupa na konia, przywiązali go doń, potem wsiedli na swoje i podtrzymując chylące się zwłoki Kleki petry, odjechali. Nie rzucili ani słowa groźby lub zemsty, nie odwrócili się ani na chwilę ku nam, ale to było gorsze, o wiele gorsze, niż gdyby nam byli zaprzysięgli śmierć najstraszniejszą.
— To było okropne, a może jeszcze okropniej się skończyć — odezwał się Sam Hawkens. — Tam leży ten łajdak ciągle jeszcze bez życia po waszem uderzeniu i po wódce. Co z nim teraz zrobimy?
Nie odpowiedziawszy na to, osiodłałem konia i odjechałem, chcąc oddać się samotności, aby przynajmniej zewnętrznie przezwyciężyć okropności tej półgodziny. Późno wieczorem, znużony i jak rozbity na duszy i na ciele, wróciłem do obozu.