Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   60   —

jałem go nawet, jak się należy, ale wiem, co o nim myśleć.
— Ja także — potwierdził Stone. — Będzie z niego tęgi westman.
— I to wnet — doleciał mnie głos Parkera.
— Yes — rzekł Hawkens. — On urodzony, wprost urodzony do tego. A przytem jego siła fizyczna! Czy nie pociągnął wczoraj ciężkiego wozu sam, bez cudzej pomocy? Gdzie on przejdzie, tam nie rychło trawa wyrośnie. Ale przyrzeknijcie mi jedno!
— Co? — spytał Parker.
— Nie okazujcie mu tego, co o nim sądzimy.
— Czemu?
— Bo przewróciłoby mu się w głowie.
— O nie!
— Przeciwnie! To wcale skromne stworzenie bez odrobiny pychy, ale zawsze to źle chwalić człowieka; łatwo przez to popsuć nawet najlepszy charakter. Nazywajcie go więc śmiało greenhornem, bo choć on posiada wszystkie zalety, potrzebne dzielnemu westmanowi, to nie są one jeszcze wykształcone; musi się jeszcze wiele ćwiczyć i wiele doświadczyć.
— Czy podziękowałeś mu za ocalenie życia?
— Ani mi na myśl nie przyszło!
— Nie? Cóż on pomyśli o tobie?
— To mi jest zupełnie obojętne, jeśli się nie mylę. Ty, rozumie się, uważasz mnie za obranego z rozumu i niewdzięcznego draba, ale mniejsza o to. Ważniejsze to, żeby się nie wynosił i został takim, jak jest. Byłbym go chętnie uściskał i ucałował!
— Fi! — zawołał Stone. — Ciebie całować! Na uścisk możnaby jeszcze się odważyć, ale całować, nie!
— Co? Nie? Dlaczego? — zapytał Sam.
— Dlaczego? Cóż to, czy nie widziałeś nigdy jeszcze lusterka, albo swej uroczej podobizny w czystej wodzie? Ta twarz, ta broda i ten nos! Człowiecze, ktoby wpadł na niedorzeczny pomysł dotknąć swojemi ustami