Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   55   —

— Tak. Bawoły już są. Zaczęły wędrówkę na południe, wkrótce więc pokażą się także i mustangi.
— Czy będę mógł wam towarzyszyć?
— Oczywiście. I to poznać musicie. Lecz teraz chodźcie obejrzeć starego stadnika. Takie matuzalemy miewają nadzwyczaj twarde życie.
Poszliśmy. Zwierzę leżało martwe i teraz dopiero można było zmierzyć lepiej oczyma olbrzymie kształty jego cielska. Sam spozierał to na mnie, to na bawołu, robił nieokreślone miny i potrząsał głową.
— To niepojęte, wręcz niepojęte! — odezwał się wkońcu. — Czy wiecie, gdzie trafiliście go kulą?
— No, gdzie?
— W samo właściwe miejsce. To prastare bydlę. Ja byłbym się zastanowił dziesięć razy, zanim poważyłbym się go zaczepić. Czy wiecie, czem wy jesteście?
— Czem?
— Najlekkomyślniejszym człowiekiem na świecie.
— Oho!
— Tak, najlekkomyślniejszym na świecie.
— Lekkomyślność nigdy nie była mym błędem.
— To zaprzyjaźniliście się z nią teraz. Zrozumiano? Kazałem wam przecież nie tykać bawołów i siedzieć w krzakach. Czemu nie posłuchaliście?
— Sam nie wiem.
— Tak! A więc podejmujecie się czynów bez powodu. Czyż to nie lekkomyślne?
— Sądzę, że nie. Z pewnością była już jakaś przyczyna.
— To chyba znacie ją!
— Może to, że wydaliście mi rozkaz, a ja nie pozwalam sobie rozkazywać.
— Tak! Jeśli się ma dla was dobre chęci i ostrzega przed niebezpieczeństwem, to jesteście właśnie na tyle uparty, że narażacie się na nie.
— Nie przybyłem na Zachód, żeby unikać grożących tu niebezpieczeństw.
— Bardzo dobrze, ale jesteście greenhorn i winni-