Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   16   —

Patrzył na mnie przez chwilę zdumiony, poczem zapytał:
— Sumienie? Jakto?
— Sądzicie, że morderca może mieć czyste sumienie?
— Zounds! Czy chcecie powiedzieć, że jestem mordercą?
— Teraz nie jeszcze.
— Albo, że nim zostanę?
— Tak, gdyż pomoc w morderstwie jest tak samo zbrodnią jak morderstwo.
— Niech was dyabli porwą! Nie będę pomagał do żadnego morderstwa! Co wygadujecie?
— Oczywiście nie w pojedyńczych, ale masowych.
— Jakto? Nie rozumiem was.
— Jeżeli sporządzicie strzelbę na dwadzieścia pięć strzałów i oddacie ją w ręce każdego zbója, to na preryach, w puszczach i w górskich wąwozach rozpocznie się wnet okropne mordowanie. Do biednych Indyan strzelać będą jak do kujotów i za kilka lat nie ostanie się ani jeden Indsman. Gotowi jesteście wziąć to na swoje sumienie?
Wypatrzył się na mnie w milczeniu.
— Jeżeli każdy będzie mógł za pieniądze nabyć taką strzelbę — mówiłem dalej — to zbierzecie wprawdzie po kilku latach tysiące, ale mustangi i bawoły będą wytępione, a wraz z nimi wszelkiego rodzaju zwierzyna, potrzebna czerwonoskórym do życia. Setki i tysiące myśliwców uzbroją się w wasze sztućce i pójdą na Zachód. Krew ludzi i zwierząt popłynie strumieniami i niebawem wyludnią się okolice z tej i z tamtej strony Gór Skalistych z wszelkich żywych istot.
— ’sdeath! — zawołał. — Czy rzeczywiście przybyliście tu niedawno z Germany?
— Tak.
— A przedtem nigdy nie byliście tutaj?
— Nie.
— A tem mniej na dzikim Zachodzie?