Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tego się nie obawiam. Nawet gdyby wasze przypuszczenie było słuszne, to nie dościgniemy ich przed nocą. Jak sądzę, znajdujemy się w pobliżu rafterów, których mamy ostrzec; będzie więc korzystnie poznać miejsce, gdzie trampi obozują, a do tego trzeba pośpiechu, inaczej zajdzie nas noc, w ciągu której może się zdarzyć wiele rzeczy. Co myślicie o tem, Droll?
— Wypowiedzieliście moje zdanie — odrzekł „ciotka“. Jedźmy prędzej, a dostaniemy ich szybciej! A więc, panowie, dalej kłusem, tak, aby się drzewa chwiały!
Ponieważ drzewa nie rosły gęsto, można było radę wykonać. Jednak i trampi wykorzystali światło dzienne i zatrzymali się dopiero wtedy, gdy ich ciemność do tego zmusiła. Gdyby Old Firehand nie trzymał się ich śladów, a jechał bliżej brzegu, natknąłby się na odciski obu Tonkawów, którzy wyprzedzali go niewiele. —
Zrobiło się ciemno i śladów nie można już było z konia rozpoznać. To też Old Firehand zsiadł znowu, przyjrzał się trawie i rzekł:
— Zbliżyliśmy się o pół mili, ale, niestety, trampi jechali także prędzej; mimo to spróbujmy ich doścignąć! Musimy jednak iść pieszo. Konie prowadźcie za uzdę!
Lecz wnet tak się ściemniło, że śladów nie było widać; czwórka zatrzymała się.
— Co teraz? — zapytał Tom. — Jesteśmy prawie zmuszeni tu się zatrzymać.
— Nie, — odpowiedział Droll. — Nie zatrzymamy się, lecz pójdziemy dalej, aż ich znajdziemy.
— To usłyszą, że idziemy!
— Chodźmy pocichu! Mnie nie schwytają! Czy jesteście mojego zdania, Mr. Firehand?