Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cem aż do obozowiska i mogącem dać bardzo dobrą sposobność ukrycia się.
Indjanin, pełznący na przedzie, okazał się prawdziwym mistrzem. Należało przedrzeć się przez wysokie, cienkie łodygi tak, aby nie wywołać najmniejszego szmeru, niemożliwego prawie do uniknięcia wśród sitowia; również i wierzchołki tegoż nie powinny się były poruszać, gdyż mogłoby to łatwo spowodować odkrycie. Stary Niedźwiedź starał się zaradzić temu niebezpieczeństwu w ten sposób, że poprostu wycinał drogę ostrym nożem, a sitowie kładł przed siebie i uważał jeszcze na Missouryjczyka, pomagając temuż w posuwaniu się za sobą. Ścinanie twardego sitowia odbywało się tak cicho, że nawet starzec nie mógł pochwycić uchem szmeru padających łodyg.
Wreszcie zbliżyli się ku ognisku; zatrzymali się dopiero wtedy, gdy znaleźli się tak blisko trampów, że mogli usłyszeć ich rozmowę, prowadzoną coprawda wcale nie cicho. Blenter spojrzał na siedzących, przed nimi i zapytał cicho wodza:
— Który jest owym kornelem, o którym nam opowiadałeś?
— Kornela tu nie być; on pójść precz, — odpowiedział Indjanin szeptem.
— Zapewne, aby nas poszukać?
— Ja tak myśleć.
— To jest chyba w takim razie tym, którego zakłułeś?
— Nie, on nim nie być.
— Tego przecież nie mogłeś widzieć?
— Blade twarze widzieć tylko oczami, a Indjanin widzieć także rękami. Moje palce z pewnością pozna-