Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nież porastały gęsto drzewa, a skrapiał cicho szemrzący strumyk. Wpobliżu miejsca, gdzie uchodził on do rzeki, znajdował się plac wolny od drzew, na którym rosło tylko kilka krzaków. Tam rozłożyli się trampi dookoła roznieconego ogniska, którego blask uderzył obu podchodzących, kiedy znajdowali się jeszcze pod sklepieniem drzew lasu.
— Trampi tak samo nieostrożni, jak rafterzy — szepnął wódz Tonkawa do towarzysza. — Palić wielki ogień, jakby chcieć upiec całego wielkiego bawołu. Czerwoni wojownicy zawsze robić tylko mały ogień; tak płomienie nie widać, a dymu bardzo mało. My do nich dostać się łatwo i tak zrobić, że nas nie zobaczyć.
— Tak, podkraść się możemy, — rzekł stary — ale wielkie pytanie, czy tak blisko, byśmy mogli usłyszeć, co mówią?
— My dojść całkiem blisko i słyszeć; ale sobie pomagać, gdy nas trampi odkryć. Napastników zakłóć i prędko w las.
Doszedłszy do ostatnich drzew, ujrzeli ognisko i ludzi siedzących wokoło. Tu, w dole, moskitów, zwykłej plagi nadbrzeżnej tej okolicy, było więcej niż w górze w obozie rafterów. Zapewne dlatego trampi rozpalili tak wielkie ognisko. Zboku stały konie; widać ich nie było, lecz dawały się słyszeć. Moskity je tak cięły, że, dla obrony przed niemi, ustawicznie się ruszały; to też Missouryjczyk wyraźnie słyszał uderzenia ich kopyt.
Teraz położyli się obaj na ziemię i poczołgali w stronę ogniska, używając jako osłony krzaków, rosnących na brzegu polany. Trampi siedzieli blisko potoku, którego brzeg porośnięty był gęstem sitowiem, sięgają-