Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kopnął nogą palące się polana i ciągnął dalej, jakby sam do siebie:
— Nie zastrzeliłem ich, lecz zaćwiczyłem na śmierć, jednego po drugim. Żywcem musiałem ich dostać, aby umierali tak, jak zmarła moja rodzina, żona i obaj synowie. Sześciu ich było, a pięciu zdmuchnąłem w krótkim czasie; szósty uszedł. Ścigałem go po całych Stanach, aż udało mu się zatrzeć ślady za sobą. Ale on żyje, bo był znacznie młodszym ode mnie, i myślę, że zobaczę go jeszcze, zanim zamknę powieki. —
Nastało głębokie milczenie; wszyscy czuli, że idzie o rzecz niezwykłą. Dopiero po dłuższej chwili odważył się jeden zapytać:
— Blenter, kim był ten człowiek?
Stary ocknął się z zadumy:
— Kim był? Na pewno nie Indjanineml Biały potwór, jakiego wśród czerwonych nie znajdziesz. Tak, ludzie, powiem wam nawet, że był tem, czem my wszyscy jesteśmy; był... rafterem!
— Jak? Rafterzy wymordowali twoją rodzinę?
— Tak, rafterzy! O, nie mamy bynajmniej powodu do dumy z naszego rzemiosła. Wszyscy wszak jesteśmy prawie złodziejami!
Uwaga spotkała się z żywemi protestami, Blenter jednak ciągnął niezmieszany:
— Ta rzeka, nad którą jesteśmy, ten las, którego drzewa wyprzedajemy, nie są naszą własnością; zabieramy cudze, a zastrzelilibyśmy każdego, ktoby chciał nas przepędzić. Czy to nie kradzież? Czy to nie rabunek?
Spojrzał wokoło, a, że milczeli, mówił dalej:
— I z takimi mordercami miałem wtedy do czynienia.