Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Sam strzelać — rzekł ten, wyciągając rękę ku broni.
— Puść! — krzyknął rozkazująco brodacz. — Ja strzelam w każdym razie lepiej, niż ty!
Odwrócił się ku klatce, którą pantera teraz opuściła i podniósłszy głowę do góry — ryknęła. Czarny Tom złożył się i strzelił; strzał zagrzmiał, ale kula chybiła; wyrwał więc spiesznie młodszemu Indjaninowi strzelbę i wypalił z niej ku zwierzęciu — z tym samym skutkiem.
— Źle strzelać. Karabin nie znać, — rzekł Stary Niedźwiedź tak spokojnie, jakby siedział bezpiecznie w swym wigwamie przy pieczeni.
Niemiec nie zważając na te słowa, odrzucił strzelbę i pobiegł ku przodowi, gdzie leżała broń ludzi kornela. Ci gentlemani nie mieli bynajmiej ochoty podjąć walki ze zwierzem, lecz czemprędzej się pokryli.
Wtem w pobliżu mostku kapitańskiego rozległ się straszny krzyk. Pewna kobieta chciała się tam schronić, kiedy ujrzała ją pantera, i, przysiadłszy, skoczyła w długich, dalekich rzutach ku niej. Kobieta znajdowała się jeszcze u dołu, gdy Old Firehand stał na piątym lub szóstym stopniu; w mgnieniu oka pochwycił ją, przyciągnął ku sobie i podniósł silnemi ramionami w górę, gdzie odebrał ją kapitan. Było to dziełem dwu sekund. Pantera znalazła się teraz przy mostku, a oparłszy przednie łapy na jednym ze stopni, już kurczyła się, by skoczyć na Old Firehanda, gdy ten wymierzył jej potężne kopnięcie w nos i strzelił pozostałemi trzema kulami rewolweru w głowę.
Ten sposób obrony był właściwie śmieszny; kopnięciem i kilku kulkami rewolwerowemi, nie większemi od grochu, nie odstraszy się czarnej pantery, ale