Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szeć także jej głos. Mam nadzieję, że szanowne damy i panowie nie wezmą za złe pobytu na okręcie tej panterki, bo przecież nie sprawia najmniejszej zawady.
— Co, — zakrzyczał mały pan w okularach. — Nie sprawia żadnej zawady? Nie brać za złe? Do wszystkich djabłów! Muszę przyznać, że z takiem żądaniem nie zwracano się do mnie jeszcze nigdy! Ja mam przebywać na tym okręcie z czarną panterą? Niech mnie powieszą, jeśli to uczynię! Albo ona musi iść stąd precz, albo pójdę ja. Wrzućcie tę bestję do wody! Albo wysadźcie klatkę na brzeg!
— Ależ, sir; niema rzeczywiście żadnego niebezpieczeństwa — zapewniał właściciel menażerji. — Przypatrzcie się tylko tej silnej skrzyni i....
— Ach, co tam skrzynia — przerwał człowieczek. — Tę skrzynię potrafię ja rozbić, a cóż dopiero pantera!
— Proszę, pozwólcież mi wyjaśnić, że w pace znajduje się właściwa klatka żelazna, której nawet dziesięć lwów czy panter nie mogłoby rozbić.
— Czy aby naprawdę? Pokażcie nam tę klatkę! Musimy wiedzieć, jak jest, — zawołało dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści głosów.
Właściciel menażerji był Jankesem i pochwycił tę sposobność, by ogólne żądanie obrócić na swą korzyść.
— Bardzo chętnie, bardzo chętnie, — odpowiedział. — Ale, myladies and gentleman, łatwo to zrozumieć, że nie można oglądać klatki, nie widząc pantery; na to ine mogę jednak pozwolić bez pewnego wynagrodzenia. Aby przyjemność tego rzadkiego widowiska podnieść, nakażę karmienie zwierzęcia. Urządzimy trzy miejsca;