Strona:PL Karol May - Klasztor Della Barbara.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Strzelec odszedł. Oficer zawołał wślad za nim:
— Na miłość Boską, nie zostawiajcie bezbronnego człowieka!
Sępi Dziób nie słuchał wcale. Pędził jak koń wyścigowy. Doszedłszy do więzienia, zadzwonił. Wartownik zapytał:
— Kto tam?
— Sępi Dziób.
— Nie znam.
— To niepotrzebne. Otworzyć!
— Nie wolno mi. W nocy mogę otwierać tylko urzędnikom.
— Byłem przecież tutaj wraz z dwoma aresztowanymi.
— Tak, ale alkad był razem z wami.
— Niech jasne pioruny! W dodatku nie mogę sobie nawet ulżyć plunięciem przez mur. Czy obydwaj aresztowani są jeszcze w więzieniu?
— Niema ich.
— Do stu tysięcy djabłów! A to nieszczęście! Gdzież przepadli?
— U gubernatora, Zabrał ich pewien kapitan francuski.
Aha, jego wpuściliście, co? Tak, łotrów się wpuszcza do tej budy, a dla uczciwych ludzi wstęp wzbroniony. Łotrze, ten „kapitan“ nie jest wcale oficerem, tylko zwyczajnym krętaczem i oszustem! Jeżeli wasz cesarz ma samych takich osłów, jak wy, nie dziwię się, że was tu wysyła. Cóżby począł u siebie z takiemi bydlętami.

37