Strona:PL Karol May - Klasztor Della Barbara.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Do kroćset! To nie moje rzeczy. Należą do, mojego napastnika. Nosił ciemny kapelusz z szeroką kresą.
— Doskonale! A więc tu się rozebrał i włożył wasz mundur? Opowiedzcie, gdzie na was napadł.
— Wracając z tertullii, spotkałem człowieka, który zapytał, czy nie jestem kapitanem takim a takim, — nazwiska nie pamiętam. Odpowiedziałem, że nie znam żadnego kapitana tego nazwiska! Odparł na to: — I ja nie! — Po tych słowach uderzył mnie tak mocno w głowę, że zwaliłem się na ziemię i straciłem przytomność.
— Do licha! Tak walą tylko strzelcy prerji. Leżące tu obok łachmany mają zapaszek prerji — są twarde i grube, pełne brudu i przepocone. Czyżby ten człowiek był strzelcem z sawany?
— Nie wiem. Uwolnijcie mnie z więzów!
Sępi Dziób powziął podejrzenie.
— Gdzie na was napadnięto? Wpobliżu muru więziennego?
— Tak. Niedaleko.
— Otóż mamy! Nie schwytaliśmy przecież wartownika z cmentarza. A kto najbardziej nadaje się na wartownika? Człowiek prerji.
— Nie rozumiem, o co wam chodzi, — jęknął oficer.
— To zupełnie niepotrzebne. Dosyć, że ja rozumiem, co mnie tak wścieka. Leżcie tu sobie spokojnie. Zaraz przyjdę.

36