Strona:PL Karol May - Klasztor Della Barbara.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pan? — zapytał alkad. — Pan sam? Ależ to nie wystarczy, sennor!
— Dlaczegóż nie, do pioruna! — fuknął Sępi Dziób, plując z całej siły.
— Jeden człowiek to za mało.
— Mylicie się. Przeciwnie — gdzie kucharzy sześć, tam niema co jeść. Oświadczam panu, że para uszu starego strzelca lepiej będzie pilnowała cmentarza, aniżeli dwudziestu policjantów. Pańscy ludzie z pewnością nie słyszą nocą chrabąszczy wśród trawy.
— Usłyszycie natychmiast kroki tych ludzi?
— Jestem tego pewien.
— Nawet z dalekiej odległości?
Amerykanina znudziła długa indagacja. Splunąwszy nad głową alkada, rzekł:
— Kalkuluję, że prędzej mnie możecie powierzyć pieczę nad cmentarzem, niż waszym policjantom. Oto wszystko, co mam do powiedzenia. Jeżeli mi nie wierzycie, jeżeli chcecie obsadzić wszystkie mury, jakgdyby chodziło o odparcie jakiegoś szturmu, nie zapominajcie o tem, że te łotry zauważą nas prędzej, aniżeli my ich. A gdy poczują pismo nosem, dadzą noqę.
— Macie rację. Pozostaniemy więc w podziemiach, wy zaś będziecie czuwać na górze.
— Możecie postawić przy drzwiach jednego ze swych ludzi, abym nie potrzebował schodzić nadół i mógł przesyłać przez niego wiadomości.
Sępi Dziób oddalił się z jednym policjantem.

18