Strona:PL Karol May - Klasztor Della Barbara.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czy to naprawdę dobra myśl? — zapytał Kurt. — Ci, których chcemy schwytać, są przecież kuci na cztery kopyta. Nie będą kładli trupa w biały dzień.
— Ma pan rację. Zjawią się w nocy. Ale skąd wezmą trupa?
Och, Landela i Cortejo dadzą już sobie radę! Wystarczy im trup mężczyzny, który leży w trumnie mniej więcej od tej samej chwili, w której wrzekomo zmarł don Fernando. Uważam, że nie warto obecnie zajmować się tymi ludźmi i cmentarzem. Zato wieczorem będziemy musieli czuwać.
— Obsadzę wejście do grobowca.
— Chce ich pan tam ująć? Wolałbym, aby mogli zejść aż nadół. Stamtąd trudniejsza ucieczka.
— Ma pan rację. A więc teraz każdy pójdzie w swoją stronę, a wieczorem spotkamy się tutaj.
Z nastaniem wieczora wszyscy zeszli się tajemnie na cmentarzu.
— Teraz musimy wydać zarządzenia — rzekł alkalde. — Postawię dwóch ludzi przy bramie.
— To nic nie pomoże — odparł Sępi Dziób. — Byliby ostatnimi idjotami, gdyby weszli przez bramę. Należy przypuszczać, że się wdrapią po murze.
— To utrudniłoby rzecz całą — stwierdził alkad z niechęcią. — Musiałbym wezwać większą ilość policjantów.
— Większą ilość policjantów? Ależ, master alkalde, mam wrażenie, że jest ich dosyć. Zostańcie przy grobach; nie obsadzajcie cmentarza policjantami. Ja to załatwię.

17