Strona:PL Karol May - Klasztor Della Barbara.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czy jest jaka okazja?
— Nawet świetna. Mam kilka rasowych koni. Były to prywatne wierzchowce oficerów — nie chcieli ich wieźć ze sobą do kraju. Kosztują niewiele. Chce pan obejrzeć?
— Owszem, sennor.
— Proszę za mną. Jeżeli ubijemy interes, nie będzie pan potrzebował czekać w Lomalto na dyliżans. Do Lomalto konie będę mogły dojechać pociągiem; za transport nic nie doliczę.
Tranzakcja doszła do skutku. W przeciągu pół godziny Kurt został właścicielem trzech koni. Miały, zdaje się, wszystkie zalety, o których mówił naczelnik.
— Chwała Bogu! — rzekł Sępi Dziób. — Nareszcię będę mógł wyciągnąć nogi na koniu. Z nudów i rozpaczy, że nie dosiadam bieguna, myślałem nieraz o galopowaniu na własnym nosie, zamiast na rumaku. —
Na jaką godzinę przed odejściem pociągu zjawił się kapitan Wagner z Petersem.
— Chłopcze, czy umiesz jedździć konno? — krzyknął Sępi Dziób do marynarza. — Kupiliśmy konie. Z Lomalto do Meksyku pojedziemy końmi. Czy wiesz, co to siodło?
— Jest to rzecz, z której mnie żadna siła ludzka wysadzić nie potrafi. Sądzicie, że marynarze nie mogą się znać na koniach? Jako młody chłopak dosiadałem najdzikszych ogierów.
— To szczęście. Nie mielibyśmy czasu na podnoszenie cię co pięć minut.

9