Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/336

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żenie zachowanie Józefa poczęło się zmieniać; zrazu dziwiłem się temu bardzo, ale wkrótce domyśliłem się, że sam jestem tego przyczyną.
Ach! Czyż nie dałem Józefowi powodu do powątpiewania o swem przywiązaniu i do myślenia, że gdy wyzdrowieję i będę szczęśliwym, odepchnę go znowu tak zimno, jak poprzednio? Czyż Józef nie miał dostatecznych przyczyn do przypuszczeń, że w miarę, jak będę silniejszym, tem bardziej się będę od niego oddalał i dlatego lepiej będzie, jeśli odejdzie wcześniej?
Przekonałem się o tem po trzeciej czy czwartej naszej przejażdżce, gdy opierając się na Józefie spacerowałem po Tempelskim Ogrodzie. Wstawszy z ławki, na której chwilę spoczęliśmy, rzekłem:
— Popatrz Józefie, jak ja pewnie chodzę. Pójdę sam do domu, bez twej pomocy.
— Nie zaszkodź sobie. Bardzo rad jestem widzieć, jak pan sam pójdzie.
Ostatnie słowa niemile mnie dotknęły, ale nie mogłem przeciw nim zaprotestować. Przeszedłem tylko do bramy ogrodu i udając osłabienie, prosiłem Józefa, aby podał mi rękę. Podał mi ją, ale był bardzo milczący.
Ja również zamyśliłem się; rozmyślałem nad tem, jakby powstrzymać, zaczynającą się przemianę w zachowaniu się Józefą. Nie kryję, że wstydziłem się przyznać mu do swego