Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/332

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Troszczył się o mnie, jak o dziecko; całemi godzinami rozmawiał ze mną tak otwarcie i po prostu, jak dawniej, za czasów dzieciństwa. W końcu zaczęło mi się zdawać, że całe me życie nie było niczem innem, jak gorączkowem marzeniem chorego.
Z niepojętą radością oczekiwaliśmy pierwszego spaceru, podobnie jak niegdyś czekaliśmy z upragnieniem mego wstąpienia na naukę do Józefa. Wreszcie nadszedł dzień. Józef wynajął powóz, doskonale mnie otulił, zniósł na rękach ze schodów i usadowił, jakbym był dawnym, bezbronnym malcem, którym się tak opiekował. Potem usiadł obok mnie i pojechaliśmy za miasto. Drzewa okryły się liśćmi a w powietrzu czuć było zbliżanie się lata. Była to niedziela i gdym spojrzał na wesołą, rozkoszną przyrodę i przypomniał sobie, jak się zmieniło od chwili, gdym się nią nasycał po raz ostatni, mimowoli uderzyła mię myśl, że kwiaty tak samo ślicznie rozwijały się a ptaki tak samo radośnie śpiewały, gdym się męczył w dusznym pokoju. Ta przykra myśl cokolwiek zmiejszyła me zadowolenie; ale gdym usłyszał dźwięk dzwonów i bliżej przypatrzył się pięknej przyrodzie, otaczającej mnie, zrozumiałem, żem niedość wdzięczny losowi za swe ocalenie. Oparłszy głowę o ramię Józefa, tak jak niegdyś, cicho leżałem w powozie. Pierwsze powitanie przyrody było zbyt przejmujące dla mnie.