Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przyjacielowi. Zdaje mi się, żeś bardzo pragnął, bym to uczyniła?
— Rzeczywiście bardzo, bardzo tego pragnąłem.
— Na czem polega to pragnienie?
Zacząłem opowiadać całą historyę jego wstąpienia do biura. Zaledwie zacząłem, spostrzegłem po jej spojrzeniach, że nie uważa na me opowiadanie. Zatrzymałem się. Kilka chwil minęło, zanim to spostrzegła.
— Przestałeś mówić. Do tego stopnia mnie nienawidzisz, że nie chcesz mówić ze mną?
— Nie, nie, jak pani coś podobnego może pomyśleć. Zatrzymałem się, bom myślał, że pani nie uważa na to, co mówię.
— Może to i prawda. Zacznij znowu... Poczekaj!... No, opowiadaj.
Wsparła się rękami na lasce i patrzyła w ogień z wyrazem największego skupienia. Ciągnąłem opowiadanie, wyznając, że miałem nadzieję ukończyć tę sprawę przy pomocy własnych środków i że mi się to nie udało. Przyczyn tego nie mogę wyjaśnić, to cudza tajemnica.
— Tak, — rzekła, kiwając głową i nie patrząc na mnie. A wiele ci potrzeba pieniędzy
Obawiałem się wymienić całą sumę, tak była wysoka: — pięćset funtów.
— Jeśli dam ci pieniądze, czy uchowasz