Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przed kominkiem na obdartem krześle z oczami nieruchomo utkwionemi w ogień.
Wszedłem do pokoju, przystąpiłem do kominka, aby podniósłszy oczy mogła mnie spostrzedz. Wydawała się tak opuszczoną, że wzbudziłaby me współczucie, gdyby nie wspomnienia krzywdy, jaką mi wyrządziła. W tej pozycyi stałem kilka minut, patrząc na nią z żalem i myśląc, że i ja doświadczam takiego nieszczęścia w tym domu. Wreszcie obejrzała się na mnie i rzekła głuchym tonem:
— Czy to nie sen?
— To ja, Pip. Pan Dżaggers oddał mi wczoraj notatkę pani i przyjechałem, nie tracąc czasu.
— Dziękuję ci, dziękuję.
Przysunęłem krzesło do kominka, a zwracając się do niej, zauważyłem niezwykły wyraz jej twarzy, jak gdyby lękała się mnie.
— Chcę wznowić rozmowę o przedmiocie, o którym przeszłego razu mówiłeś i wykazać ci, że nie jestem nieczułą, jak kamień. Może nigdy nie uwierzysz, że w mem sercu jest choć odrobina uczucia?
Gdym na to odpowiedział kilku uspokajającemi słowami, wyciągnęła chudą rękę, jakby chciała mnie dotknąć, ale wstrzymała ją, zanim mogłem zrozumieć jej zamiar.
— Powiedziałeś, że możesz mi wskazać, w jaki sposób mogłabym dopomódz twemu