Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wartość. Z takiem zaufaniem, miłością i skromnością pozwoliła się objąć Herbertowi i z taką bezwzględną uległością, że za wszystkie pieniądze, które zawierał mój portfel, nie zgodziłbym się naruszyć harmonii między nimi.
Patrzyłem z przyjemnością i podziwem na nią, gdy nagle warczenie starca przeszło znów w przeciągłe wycie, przerywane strasznym stukiem, jakby olbrzym o drewnianej, kuli pragnął nią przebić pułap, aby się do nas dostać. Usłyszawszy hałas, Klara zawołała:
— To ojciec mnie wzywa, duszko! — I pobiegła.
— A to bez sumienia stary obżartuch i pijaczysko! Jak myślisz, czego może obecnie chcieć?
— Nie wiem, zapewne chce się czegoś napić?
— Naturalnie! Ma już grog w maleńkiej wazce na stole. W tej chwili usłyszysz, jak Klara zacznie mu pomagać przy podnoszeniu się na łóżku, aby mógł pić. Oto podnosi się. Dało się słyszeć przeciągłe wycie a za niem nowe uderzenie tak, że zadrżał sufit. Teraz pije, — rzekł, gdy nastąpiło kilka chwil milczenia. — A teraz — dodał, gdy wycie znów się rozległo — położył się.
Klara wkrótce wróciła a Herbert poprowadził mię na górę, abym się zobaczył z Prowisem.