Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ko poszedł za mym przykładem. Za radą Stratopa zapisaliśmy się na kandydatów do klubu, noszącego chytrą nazwę: „Towarzystwa Leśnych Zięb“. Nigdy nie doszedłem, w czem leżał cel tego towarzystwa, chyba w tem, że raz na dwa tygodnie członkowie zbierali się, jedli obiad smaczny i drogi, dowoli sprzeczali się i dawali sześciu lokajom sposobność zupełnego upicia się na schodach.
Zięby bezmyślnie rozrzucały pieniądze, a pierwszą ziębą, jaką zobaczyłem, był Drummel. W tym czasie nic nie robił, tylko tłukł się po mieście we własnym powozie, rozbijając chodniki na rogach. Ale rozwodząc się nad tem, naruszam tok opowiadania, nie byłem bowiem jeszcze pełnoletni i według świętych przepisów towarzystwa zięb, nie mogłem zostać jego członkiem. Zupełnie ufny w swe ogromne środki, z chęcią przejąłbym na siebie utrzymanie Herberta, ale miał on zawiele godności, abym mógł mu to zaproponować. Tak więc webrnął w ogromne długi, nic nie robił, jak poprzednio i tylko „przyglądał się“. W miarę, jakeśmy zaczęli marnować czas i kłaść się późno spać, widziałem, że Herbert z pewnem zwątpieniem „przyglądał się“ od rana do śniadania, w południe już z nadzieją: podczas obiadu upadał na duchu, wieczorem jasno uświadamiał sobie możliwość zdobycia majątku, koło północy prawie czuł się kapita-