Strona:PL Karol Dickens - Opowieść wigilijna.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

jemnym, wybornie oświeconym. Obejrzał się zdumiony; duch stał przy nim, uśmiechał się słodko i dobrotliwie wpatrywał się w młodego człowieka.
— Ah ha! ha! ha! — śmiał się siostrzeniec — ha! ha! ha!
Jeżeli kto z was zna człowieka weselszego, któryby umiał śmiać się lepiej i serdeczniej, jak siostrzeniec Scrooge’a — proszę mi dać jego adres — chciałbym go poznać. Lecz bardzo wątpię, czy taki drugi śmieszek znajduje się gdziekolwiek.
Jeżeli choroby i smutki są zaraźliwe i łatwo się udzielające, to też szczęśliwem, szlachetnem i mądrem Opatrzności zrządzeniem nic bardziej udzielającego się niema na ziemi, jak wesołość i dobry humor. Jeśli się inni śmieją około ciebie, a ty, nie mając ciężkiej i głębokiej zgryzoty, nie dzielisz ich wesołości — wyrzekam się ciebie — co więcej — lękam się ciebie — nosisz w swem łonie zaród występku i zbrodni. Śmiej się z innymi, płacz, gdy oni płaczą. Precz samoluby i głazy!
Dlatego też, gdy siostrzeniec Scrooge’a śmiał się i trzymał za boki, śmiała się młoda jego żonka, siostrzenica Scrooge’a, śmiały jej siostry, śmieli przyjaciele całem gardłem. Ha! ha! ha! — cudowna muzyka. — Pasjami lubię.
— Tak, daję wam na to słowo — mówił siostrzeniec Scrooge’a. — Tak jest, powiedział mi — Boże Narodzenie! Głupstwo! Czyście słyszeli coś podobnego w życiu. Ha! ha! ha!
— Tem gorzej dla niego, Alfredzie — rzekła młoda