Strona:PL Karol Dickens - Opowieść wigilijna.djvu/074

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

cił chrapliwym głosem pieśń dziką, surową, którą zdala usłyszawszy, wziąć było można za wycie wiatru. Duch ich pobłogosławił i unosił się dalej, dalej, ponad przestwory bezdennego, wzburzonego oceanu, wreszcie w pośród mórz, zdala od brzegów i lądów, w szybkim swym biegu spuścili się nasi podróżni na pokład miotanego burzą okrętu. Wtedy duch przebiegł ze Scrooge’em wszystkie zakątki olbrzymiego gmachu, był u steru, u przodu, w kajucie oficerów, w kajutach majtków, wzleciał na maszty, gdzie czuwały straże; każdego błogosławił, nad każdym wstrząsał pochodnią, a każdy nucił kolendę, a gdy było dwóch razem, życzyli sobie i winszowali, mówili i myśleli o Bożem Narodzeniu, przypominając ubiegłe wigilje spędzone na łonie familji i wynurzając pragnienia, aby na rok przyszły mogli się znajdować u drogich ognisk rodzinnych. Wszyscy, wszyscy bez wyjątku, źli i dobrzy, gniewliwi i potulni, weseli lub smutni, zamienili w dniu tym szczere, przychylne wyrazy, wszyscy sobie przebaczyli, wszyscy mówili o nieobecnych przyjaciołach i krewnych, spodziewając się, że tam, na lądzie — także o nich i myślą i do nich wzdychają.
Gdy Scrooge, przejęty wielkością i uroczystością podróży, wsłuchiwał się w ich rozmowy, pomieszane z żałosnem echem wiatru, gdy się zastanawiał nad sobą i przedzierał wzrokiem otaczającą go ciemność, drgnął nagle, posłyszawszy śmiech dźwięczny i hałaśliwy. Jakże się zdziwił, spostrzegłszy, że śmiech ten wydobywał się z gardła jego siostrzeńca, gdy się ujrzał w pokoju ciepłym, czystym, suchym, przy-