Strona:PL Karol Baudelaire-Kwiaty grzechu.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


2.

Naśladujem, o zgrozo! wartałki i błoto
W ich skokach i w ich tańcu. Nawet sny trująca —
Ciekawość — serca nasze zalewa zgryzotą —
Niby Anioł okrutny, co biczuje słońca.

Szczególny los, w którym się cel wieczyście zmienia,
Co nigdzie może nie jest, albo może gdzieś-ci,
Dotąd człowiek jak warjat dąży bez wytchnienia
I nigdy nieziszczoną nadzieją się pieści.

Nasz duch jest szukającym Ikarji okrętem,
Wtem słychać głos: źrenicę otwórz swego oka!
Jakaś mgła swem śpiewaniem nęci nas zaklętem,
Brzmiąc: Szczęście — Sława — Miłość... Nie, to skał opoka...

Każda wyspa przez majtka z masztu dostrzeżona,
Zda się nam obiecanem z dawna Eldoradem;
Wyobraźnia nocnymi orgjami zmęczona,
Głaz odnajduje próżny — w świetle ranku bladem.

Czyli rzucić do morza tego nieszczęśliwca,
Kochanka fantastycznych krain? Czy w kajdany