Strona:PL Karol Baudelaire-Kwiaty grzechu.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Drepcą jak marjonetki — lub podobne rannym
Zwierzętom — wloką swoje umęczone członki,
Lub drgają mimowoli ruchem nieustannym,
Te, przez jakiegoś biesa poruszane dzwonki. —

Wzrok ich, to głębia, kędy nocą woda świeci.
Błyszczy — i mimo starość jak świder przeszywa,
W ich spojrzeniu jest boski wyraz oczu dzieci,
W których lada błyskotka śmiech i dziw wyzywa. —

Czyście zauważyli, że trumny staruszek,
Bywają często szczupłe jak trumna dziecięca?
Śmierć mądra w tem zbliżeniu z całunem pieluszek
Składa symbol dziwaczny, co jednak przynęca. —

I gdy na tle Paryża, wielkiego mrowiska,
Taki blady cień przemknie — coś mi zcicha szepce,
Iż te wątłe istoty, widmowe zjawiska
Suną się pomalutku ku nowej kolebce.

Albo, patrząc na dziwnie złamane postacie,
Rozmyślam, geometrji pracami zajęty,
Ile się też robotnik na swoim warsztacie
Namorduje nad formą skrzyń na one szczęty?

Jak oczy — studnie ryte przez łez miljony,
Tygle, które stygnący metal porysował,...