Strona:PL Karol Baudelaire-Kwiaty grzechu.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zegar dźwięki grobowemi,
Ostro mi południe grał,
A zdrętwionej, smutnej ziemi
Z niebios chmurny mrok się lał.






LIX
STARUSZKI.

W labiryntach prastarych stolic, w ich odmęcie,
Gdzie ma swój czar to nawet, co ohydne i wstrętne,
Gnany smutnym kaprysem rad ścigam zawzięcie,
Istoty dziwne, mimo zgrzybiałość ponętne.

Te poczwary bezkształtne — to niegdyś kobiety —
Eponina lub Lais! Dziś zmięte, zgarbione...
Kochajmy je! to jeszcze duchy — te szkielety
W podarte, wynoszone szmaty otulone.

Czołgają się, chłostane cnotą bezlitośnie,
Drżąc przed nadbiegających hukiem omnibusów,
I jak relikwje tuląc u boku miłośnie,
Woreczki, szyte w kwiaty lub w godła rebusów.