Strona:PL Julian Ejsmond - W słońcu.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wiatr, który letnią porą śpiewał, teraz wzdycha
patrząc na spadające liście, które zcicha,
jak umarłe motyle, spływają ku ziemi...
Lecz gdy bór zabrzmi gonu głosy czarownemi,
ginie żal, giną smutki... Radością łowiecką
rozbrzmiewa las jesienny, szczęśliwy jak dziecko!

Zimą zaś mroźna puszcza w śnieżnych szatach cała
dla niewidzących oczu jest jedynie biała.
Myśliwego olśniewa kolorów tysiącem,
błękitem podcieniona, wyzłocona słońcem...

Po śniegu tańczą iskry, jak chochliki psotne.
Lazurem świecą lodem skute tafle błotne.
Złoci się strumień leśny — płowy, zamarznięty.
Na ośnieżonych sosnach palą się djamenty.
Wkoło dostojna cisza... Czasami jedynie
sójka wrzaskliwa krzyknie w świerkowej gęstwinie
albo jastrząb zakwili... Puszcza tajemnicza
niepokalana zda się, czysta i dziewicza...

Kniejo! kocham gorąco twe wiosenne ranki,
gdy z pod śniegu liljowe wykwitną sasanki
i na błotnym moczarze głuszec, pieśniarz boru,
pocznie grać... Kocham czary twojego wieczoru,
kiedy słonka przeciągnie chrapiąc nad olszyną...