Strona:PL Julian Ejsmond - W słońcu.djvu/011

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Głoszone przez radość słońca,
szeptane wiatru powiewem,
grane brzęczeniem pszczelnem,
skrzydlone ptaszęcym śpiewem...

I jedno słowo: miłość,
ileż ma w sobie odcieni,
powtarzane tysiącem głosów
od wiosny do jesieni.

Zbudzone w głuszca graniu
w ostępie białowieskim
i w bełkocie rycerskich cietrzewi
na wiosennym mszarze poleskim...

Trwające od świtów majowych
aż po mroki zimnej jesieni,
aż po ryki walczących łosi
i głoszących swą miłość jeleni...


III.

Gdy patrzę na niebo gwiezdne,
miesięczne, czy słoneczne, —
myślę, że ziemia jest mała,
a niebo wielkie i wieczne.

I z tej małości ziemskiej
do tej wielkości błękitu
sięgam mym ludzkim wzrokiem
pełnym kornego zachwytu.