Strona:PL Julian Ejsmond - Patrząc na moich synków.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



DZIECI.


Dziecko ma w swojem spojrzeniu niepokalaność, czystszą nad niepokalaność leśnego źródła. Śmiech dziecinny jest najpromienniejszym z głosów świata żyjącego: jest w nim szczęście niczem niezamącone i wesele nie znające żadnych trosk. Smutek dziecięcy podobny jest do białego obłoczka na słonecznem niebie: pomimo małej chmurki niebo jest promienne, a o słońcu wiemy, że ukaże się znowu za chwilę. Nawet łzy dziecka, spływające po różanej buzi przypominają bardziej rosę poranną, niż łzy człowieka...

*

Jakżeż godnym litości jest ten, kto nie rozumie piękna dziecięcej duszy. Nigdy ów ślepiec nie zobaczy tego, co jest na świecie najcudniejsze.
Jakżeż wielką zbrodnię popełnia ten, kto czyni krzywdę dziecku.
Jakże śmiesznym jest człowiek dorosły, który chce dziecko poprawiać. Jakgdyby można poprawić słońce, kwiaty, śpiew ptaków albo wiosnę! Jakgdyby można kazać jaśminom, ażeby piękniej pachniały, różom — ażeby były czerwieńsze, skowronkom żeby ich pieśń harmonijniej łączyła niebo z ziemią. Nie poprawiajmy kwiatów, pieśni słowiczych, biegu leśnych strumieni, ani dzikiego piękna zieleni wiosen-