Strona:PL Julian Ejsmond - Patrząc na moich synków.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



W LESIE.


Kłania się cały bór najsłodszej mojej dziecinie...
„Dzieńdobry“, gwiżdże kos w zielonej radosnej gęstwinie.
z szyszeczką w łapkach przebiegła wiewiórka,
ale się zlękła i w las dała nurka.

Usłyszał dzidziowy głos zajączek co siedział w norze.
Chciałby przywitać się... Usiedzieć już dłużej nie może.
Próżno mu jego Tatuś wykłada:
„Rodzina Dzidzia zajączki jada“.

Za ręce trzymając się stoją drzewa w zielonych ubrankach.
Figlują roje pszczół na pachnących wkrąg macierzankach.
Ale im mama na to pozwala,
bo żadna z nich miodem sukienki nie wala...

Z krzykiem kwiczoły się rwą z czerwonej polany borówek.
Ogromny czarny żuk przyszedł z wizytą do mrówek,
Siadł motyl złocisty na liściu paproci,
pije grzecznie rosę i wcale nie psoci...

Młodziutki rudziutki lis grymasi i nie chce kaszki.
Tak jak Rodzice chce jeść przez Tatusia zabite ptaszki.
Mamusia liskowi paluszkiem grozi:
„Ej ty łobuzie, — bo powiem Bozi...“