Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czy odmienić naturę swą potrafi zgoła.
Żyjcie sobie, dalecy od typu anioła,
jak ostatni łotrzy...
Boże najsłodszy —
ani mnie to ochładza, ani mnie to grzeje!
I szkoda rzucać pereł... chciałem rzec — napomnień
przed tych, którzy nogami je mogą stratować.

Miałem raz przyjaciela, dla którego w rzekę
skoczyłbym, iż tak rzekę,
aby go ratować;
dla którego w płomień
gotów byłbym się rzucić, gotów się zań dręczyć,
gotów zabić, a nawet... na wekslu poręczyć...

Tak żyliśmy szczęśliwi, bez goryczy cienia.
Ja wypełniałem jego najmniejsze zachcenia.
A on?... Lecz po co mówić jak tam on żył ze mną!
Przecież przyjaźń nie może być rzeczą wzajemną,
bo gdyby się za każdą usługę płaciło
tem samem — to widoczna dla najtępszej jaźni,
przez najsłabszy być może mózg rzecz zrozumiana: —
nie byłoby przyjaźni,
tylko — wymiana.

Rozumiał to przyjaciel mój... Pewnego razu
prosiłem go, by za mną rzekł gdzieś pół wyrazu,
jako człek znakomity.
Skrzywił się, jakby przyjął proszku na womity.
— Nie — powiada: — Kochany, drogi przyjacielu,
wybacz... Wiem, będziesz do ranie żywił za to ansę,
Lecz trudno. Ja nie mogę przez protekcyi płotek
przesadzać swych przyjaciół... by nie było plotek,
że nie zasługa wpływa, lecz JA na awanse.