Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Oba z nich mieli dziane paciorkami klatki,
maku, cukru, konopi niezmierne dostatki,
wodę zawsze z krynicy, jako kryształ czystą,
słowem: wszystkiego rzęsisto.
Z tym tylko obowiązkiem, aby się uczyli,
co im piszczałka zakwili,
a pana swego, jak z pola przyjedzie,
czy przy śniadaniu, czy to przy obiedzie,
gdy zacznie pić smaczne piwko,
słodką bawili rozrywką. —
Ledwo kilka miesięcy upłynęło, alić
nie mógł się z nich jednego, kto słyszał, odchwalić.
Tak wszystko ślicznie pojął, co zagrał organek,
czy to menuecik, czy to skoczny tanek,
czy mazurka, czy kozaczka,
nic nie było trudnego dla cudnego ptaczka.
Mało na tym, że śpiewał: kiedy mu na linie
kazano w orzechowej do góry łupinie
ciągnąć wodę, lub obrok makowy ze żłobem,
póty się silił to nóżką, to dziobem,
aż do klatki zawindował.
Pan też go zawsze na ręku piastował.
Pozwalał mu z dłoni jadać
i czasem na wąsach siadać.
Nie tak się drugi udał: choć równą wygodę
miał, jak kolega, mak, cukier i wodę,
i z kilką drążkami klatkę,
i świeżą zawsze sałatkę,
nie chciało mu się uczyć, biegał w kątek z kątka,
każdego ostrym pyszczkiem dotykając prątka,
aby mógł tylko przez jakową dziurę
przykrą pożegnać klauzurę.
Darmo chłopiec nadymał organkowe miechy:
lepiej wróbel świergotał, siedząc koło strzechy,