Strona:PL Joseph Conrad-Zwierciadło Morza.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stracić z oczu mniej uderzającą stronę takich sukcesów. Dawna marynarka w swych ostatnich dniach zapracowała na sławę, której niczyja złośliwa niechęć nie ośmieli się podać w wątpliwość. A tę najwyższą łaskę zawdzięcza tylko swym przeciwnikom.
Można śmiało powiedzieć, że nasi przeciwnicy umieli lepiej się nam przeciwstawić w 1797-ym niż w 1793-im; brakowało im umiejętności lecz nie odwagi, choć złowieszczy los pozbawił ich tej wiary we własne siły, która krzepi zbrojnie zastępy. Później jeszcze opór stawiony naszej flocie u Nilu był wszystkiem, czego w najlepszym razie można się było domagać od marynarzy, którzy — o ile nie byli ślepi i pozbawieni rozsądku — musieli wiedzieć że ich los jest przesądzony, od chwili kiedy Goliath, kierując się na dziób Guerriera, zajął pozycję u brzegu. Połączone floty z 1805-go roku, które dopiero co opuściły port, i którym towarzyszyły tylko przykre wspomnienia niepowodzeń, stawiły nam dzielnie czoło, czego kapitan Blackwood, przejęty rycerskim duchem, powinszował serdecznie swemu admirałowi. Przez wysiłki swego męstwa przeciwnicy nasi dodali tylko chwały naszemu orężowi. Żaden przyjaciel nie byłby mógł się lepiej przysłużyć, bo nawet wśród wojny, która niweczy na jakiś czas uczucia ludzkiego braterstwa, pozostaje jednak między mężnymi ludźmi subtelny łącznik polegający na tem, że ostateczne świadectwo o wartości zwycięstwa mogą wydać tylko zwyciężeni.
Ci, którzy wśród żaru bitwy pogrążyli się razem w morzu i zapadli na spoczynek w chłodne głębie oceanu, nie zrozumieliby haseł dnia dzisiejszego, przyglądaliby się zdumionemi oczami narzędziom naszej walki. Wszystko przemija, wszystko się zmienia: wrogie uczu-