Strona:PL Joseph Conrad-Zwierciadło Morza.djvu/200

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    natarła ostro na J. M. K. B., żądając aby powiedział, kiedy on będzie gotów wyruszyć, czy to na Tremolinie, czy jakim innym sposobem, aby dotrzeć do głównej królewskiej kwatery. Czyżby zamierzał znaleźć się tam dopiero w wilję wejścia do Madrytu? — pytała dalej z ironją. Tak to przez umiejętne zastosowanie taktu oraz uszczypliwości równowaga salonowej atmosfery został przywrócona długo przedtem, nim przed samą północą opuściłem tych dwoje już czule pogodzonych; zszedłem do portu i jak zwykle wezwałem Tremolina cichym gwizdem z brzegu bulwaru. Był to nasz sygnał, którego nie omieszkał nigdy usłyszeć czujny Dominik, padrone.
    Dominik podnosił, milcząc, latarnię aby mi poświecić, gdy szedłem po wąskiej, elastycznej desce — naszym prymitywnym trapie. „A więc wyruszamy“, mruczał w chwili kiedy stąpnąłem na pokład. Byłem zwiastunem nagłych odjazdów, ale nic nie mogło zajść pod słońcem tak dalece nagłego aby Dominika zaskoczyć. Jego gęste, czarne wąsy, zakręcane co rano gorącemi szczypcami przez golarza na rogu bulwaru, zdawały się ukrywać nieustanny uśmiech. Ale chyba nikt nigdy nie widział jak jego usta wyglądały naprawdę. Sądząc z leniwej, niezachwianej powagi tego mężczyzny o szerokich piersiach, można było przypuszczać że nigdy się nie uśmiecha. W oczach jego czaiła się okrutna ironja, jakby przyszedł na świat z niezmiernym zasobem doświadczenia, a najlżejsze rozdęcie nozdrzy nadawało jego bronzowej twarzy wyraz niezwykłej śmiałości. Do żadnej innej gry rysów nie wydawał się zdolny, bo należał do typu południowców skupionych i opanowanych. Hebanowe włosy wiły mu się zlekka u skroni. Miał