Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


póki o teorji samej i skuteczności jej wyników nie wątpił, nic go do pracy zniechęcić nie mogło.
Tak było — aż do wczoraj...
Wczoraj w nocy, o tym czasie, a może wcześniej nieco, odwiedził go przyjaciel, którego dawno nie widział. Przyjechał skądś i wprost z dworca udał się do niego. Zapukał w okienicę, ale on, przyzwyczajony do figlów uliczników, którzy wiedząc, że nocami siaduje, w ten sposób go niepokoili, nie ruszał się. Dopiero gdy usłyszał znajomy głos, wstał i otworzył. Ucieszył się bardzo, bo rzadko ludzi widywał, z którymi mógłby szczerze serdecznie rozmawiać. Gawędzili dość długo. On naturalnie opowiadał przyjacielowi o swem odkryciu. Wpadał w zapał, a gość słuchał spokojnie, ale z widocznem zajęciem. Podobno kiedyś tam zajmował się i chemją — w ciągu swych długoletnich studjów — i rozumiał się na tem nieco. Gdy skończył, gość pokiwał głową i z jakimś dziwnym uśmiechem politowania nazwał go zapaleńcem i idealistą. Gdy on się zaś bronił, udowadniając realności swej teorji i wykonalności pomysłu, przyjaciel zerwał się, mówiąc:
— A wiesz ty, że ten piękny twój pomysł może być nic nie wart? W zasadzie nic nie wart!