Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mowy o przygotowaniu się. Niebogata rodzina za złe mu to opuszczenie miała i wyrzutami ze swej strony doprowadziła nawet do tego, że musiał się od niej odsunąć. Ale przebaczał im wszystko, bo cóż oni wiedzieli o jego pracy? Żyjąc na uboczu, ze szczupłej swej pensyjki kupował bardzo nieraz drogie chemikalja i przyrządy. Aby zaś wystarczyło, ograniczał się w wydatkach. Ubierał się bardzo licho. Skromny obiad, przysyłany z restauracji, dzielił na dwie części i drugą połowę zjadał wieczorem, jako kolację. Wyczerpany był i zmęczony, zaczął się w aptece zaniedbywać! Pryncypał groził mu już raz nawet utratą miejsca. We dnie więc przemocą senność przezwyciężał, a w nocy pił szklankami koniak i czarną kawę, aby nie upaść ze znużenia. I pracował. Przyzwyczaił się już nawet tak do tego, że po wypiciu ilości koniaku, po której kto inny upadłby bez przytomności, on zupełnie pewnie pracował przy wagach chemicznych, które, jak wiadomo, setne części miligrama oznaczają i nadzwyczajnej wymagają uwagi. Nie mylił się nigdy. Za to, gdy był trzeźwy, ręce mu się trzęsły i robota nie szła.
Sześć lat już upłynęło. Zaczął pracować nad tyfusem. Hodował sztucznie zarazki, szcze-