Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

się przed memi oczyma i nikli, a ja nie pytałem skąd idą, ani dokąd.
Starcy odkrywali przede mną siwe głowy, ojcowie rodzin chylili się do moich kolan, hoże dziewczęta całowały mą rękę, niedbale na płocie wspartą.
Ja nie odpowiadałem na ukłon, ani pozdrowienie, ręka moja nie drgnęła ani razu pod dotknięciem młodych wiśniowych ust.
Stałem tak i zdawało mi się, że stoję w kościele przy wielkim filarze, wykuty z marmuru, a podemną gniją jakieś prochy, co w żelazo zakute chodziły po świecie.
Tak... stoję przy filarze, sam kamienny, ręce mam skrzyżowane na piersiach, złotą obrączkę nad czołem...
Poczęło mi się mieszać w głowie; nie wiedziałem już, czy ja rycerz, czy może jakiś święty... Ludzie przychodzą i schylają się kornie do moich nóg, ale ja kamiennych rąk nie ruszam ani im błogosławię.
Słyszę jakiś szept — pewnie się modlą.
Wtem... wtem... śmiej się razem ze mną, śmiej się, bo to bardzo zabawne!
Wtem — usłyszałem głos całkiem wyraźnie —