Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/885

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Oddawna Dafnis młody oddał jej swe serce:
Niestety! wzajemności nie wzbudził w pasterce.
Pięknością równa Bóstwu, choć ziemi mieszkanka,
A jak głaz niewzruszona łzami i cierpieniem,
Ni słowem, ni uśmiechem, ni jednem spojrzeniem
Nie nagrodziła westchnień wiernego kochanka.
Wzgardzony, pragnął śmierci, i zdąża w rozpaczy,
Chwiejnym krokiem, przed progi lubego dziewczęcia,
Łudząc się, że okrutną raz jeszcze zobaczy.
Próżne były łzy jego, prośby i zaklęcia.
Alcymadura, w hożem towarzyszek gronie,
Obchodząc siedemnaste swych narodzin święto,
Polnem kwieciem śnieżyste ozdabiała skronie;
Zazdrośnie przed nieszczęsnym podwoje zamknięto:
Usłyszał tylko pieśni i wesołe śmiechy.
«Tylem ci nienawistny? rzekł Dafnis z zapałem;
Przy tobie, w twoje oczy patrząc, skonać chciałem:
Czemuż mi tej ostatniej odmawiasz pociechy!
Gdy umrę, u nóg twoich złoży ojciec stary
Te, któremi wzgardziłaś, serca mego dary:
Trzodę, błonie, psy wierne; a żądam jedynie,
Aby ze skarbów moich wzniesiono świątynię,
Gdzie twój posąg, otoczon Bóstwa majestatem,
Świeżym codzień pasterze wieńczyć będą kwiatem.
Obok, stanie grobowiec pod smętnym cyprysem;
Dłoń przyjazna niech skreśli na białym marmurze
Te słowa: «Stań, przechodniu i płacz nad Dafnisem:
«Umarł z miłości, wierny swej Alcymadurze.»