Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/417

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A doświadczeniem, zda się, nauczony,
Burkę przywdział dla ochrony,
Opiętą rzemiennym pasem
I podbitą muzułbasem.
«Patrz, bracie, rzekł do Słońca Boreasz pyzaty,
Jak się ten człowiek opatrzył na drogę;
Nie wie, że gdy zechcę, mogę
Burkę poszarpać na szmaty:
Pękną pętlice i pas nie pomoże
Gdy tylko dmuchnę. — A ja się założę,
Odpowie Słońce, że snadniej od ciebie
Siłą mojego promienia
Zrzucę mu burkę z ramienia.
— Zgoda, Wiatr rzecze, Złotowłosy Febie,
Ujrzysz niebawem, czyja większa władza.»
I wnet burzliwe oddechy zgromadza,
Nadyma się jak bania, świszcze, dmucha, wieje,
Wznosi tumany kurzawy,
Rwie dachy, topi łodzie, po lasach szaleje,
A źródłem tej całej wrzawy
Jedna tylko burka była.
Nie zmogła jej Wiatru siła:
Im srożej podmuchy krzepi,
Człek otula się tem lepiej
I wytęża baczność całą,
Aby zdradzieckie tchnienie Boreasza
Fałdów burki nie porwało.
Wiatr zadyszał się, ustał; a Słońce, w tęż chwilę,