Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zając może poczekać. Wszakże masz kurczęta?
A o koniach i ludziach niech też waść pamięta.
Panienko, prosim bliżej! Jakże ci na imię?
Małgosia?... Bardzo ładnie; a kiedyż wesele?
Siądźże tu, przy mnie; porzuć ceregiele:
A jak z serduszkiem? może jeszcze drzymie?»
I bez skrupułu ściska białe dłonie,
Chwali urodę,
Głaszcze pod brodę;
Małgosi wstyd pali skronie,
Płacze, broni się i dąsa.
A ojciec głową potrząsa.
W kuchni tymczasem tartas jak we młynie:
Praży się, smaży i piecze.
Drew zbrakło: szczepy z sadu płoną na kominie.
«Śliczne, widzę, masz szynki, poczciwy człowiecze.
— Niech służą Jaśnie Panu. — Dziękuję ci szczerze
I szarakiem odpłacę miły upominek:
Warte szynki zająca, a zając wart szynek;
Niech je zaraz Walenty do dworu zabierze.»
Dano wreszcie śniadanie: Pan za trzech zajada,
Pije zdrowie Małgosi, ojca jegomości,
A na dziedzińcu hula służalców gromada,
Chrupią owies rumaki, charty gryzą kości.
«Na koń!» Pan krzyknął; i myśliwców rzesza
Z wrzaskiem i śmiechem do sadu pospiesza.
Hajże za kotem tędy i owędy:
Tratują krzewy i grzędy.