Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/273

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ty, w pocie czoła, do swej zagrody
Przez pół dnia wleczesz maleńkie ziarno,
I gryząc z głodu zdobycz tak marną,
Mniemasz królewskie spożywać gody.
Przyznaj, że miłość własna cię mami:
Ja chyżem skrzydłem walczę z wichrami,
Ja, kiedy zechcę, to się sadowię
Na książąt i królów głowie,
A strój, co każdej kobiety
Wzmaga wdzięki i zalety,
Muszką się zowie.
— Płoche to słowa, Mrówka odpowiada;
Nie pomnisz, widzę, jaki los cię czeka:
Wszakże i złodziej nieraz do świątyń się wkrada,
Aż go w końcu dosięgnie mściwa dłoń człowieka.
Przechwalasz się, że królom brzęczysz nad uszami:
Ale taki sam zaszczyt i osłów nie mija.
Jak brzydkim płazem, tak człek gardzi wami,
Zewsząd wygania, zabija,
I sposoby wszelakiemi
Usiłuje ród wasz cały
Zgładzić z tej ziemi.
Przestań się chełpić: już kres niedaleki
I życia twego i mniemanej chwały.
Gdy tchnienie zimy lodem zetnie rzeki,
Kiedy śniegu całun biały
Zdrętwiałą przykryje ziemię,
Wtedy całe twoje plemię