Strona:PL Jan Sten - Jeden miesiąc życia.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Journal’u mu wymówiono popołudnie... [siada, i z wyrazem smutku i zniechęcenia opiera się rękami na stole]. Tak marzyłam o tem niegdyś, tak pragnęłam, a dziś, dziś... wstydzę się nawet to wymówić. Może on tego nie chce... Boże, Boże! tylko Ty tego dziecka za mnie nie karz... Ach co tam! już jestem tak zmęczona... [Machinalnie bierze książkę leżącą na stole, i przerzuca kartki, czyta bardzo wolno i cicho].

Les sanglots longs
Des violons
De l’automne,
Blessent mon coeur
D’une langueur
Monotonne.

[ciszej jeszcze].

Et je m’en vais
Au vent mauvais,
Qui m’emporte
De ça, de là
Pareil à la
Feuille morte.

Ach! jakie strasznie smutne! śliczne! Ale on pisze ładniej »Widziałem krew na duszy mojej [rozlega się stukanie przez drzwi].« To ty Janek? [stukanie ponowne]. Qui est là? [stukanie]. Entrez [wchodzi Andrzej].