Strona:PL Jan Sten - Jeden miesiąc życia.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


siąt centimów, chleb dziesięć, jeszcze nam zostanie cały sus na zapas. Zaraz wrócę. Zapal tymczasem lampę [zwraca się ku drzwiom].
KARSKI [szybko zastępuje jej drogę]. Czekaj, wolę sam iść. Nie chcę żebyś teraz tyle chodziła po świecie, zmęczysz się...
ZOFlA [zmieszana, nieco trwożna, jakby starając się Karskiego wybadać i zrozumieć]. Dlaczego teraz nie chcesz? Przecież zawsze ja chodziłam po sprawunki. Czy ty?...
KARSKI [wybuchając]. Na Boga, przecież to chyba mogę zrobić dla ciebie, aby iść na dół po obiad!
ZOFIA [na pół już zawiedziona]. Więc tylko dlatego chcesz sam iść, żebym ja się nie zmęczyła? Nic więcej?
KARSKI. Ja nie mogę patrzeć, jak ty się tu niszczysz, bez tchu przebiegasz te sześć pięter. Przecież to ciebie z nóg zupełnie zbija.
ZOFIA [z rezygnacyą w głosie]. Idź, idź najdroższy. [Karski wychodzi. Zofia spostrzega, że zostały jej w ręku pieniądze, których Karski zapomniał. Wybiega więc za nim ku drzwiom].
Weźże pieniądze [podaje mu przez drzwi, podchodzi do kuchenki, zaczyna rozpalać ogień, wraca następnie ku stolikowi i zapala lampę]. On się niczego nie domyśla! Może to ja się łudzę? Nie, nie, to się czuje. I nie mogę mu powiedzieć: on taki zdenerwowany i w