Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/353

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


któreś ty, mężu, wywrócił na nice:
weź pod rozwagę naszą cześć i nie daj,
by imię twoje rzucali na sprzedaj
obłudni cnoty handlarze! Swywolę
proroka ukróć przykładem, co dolę
ludzką przemieni do gruntu, do gruntu
i tłum, chodzący manowcami buntu,
zwróci odrazu na ubite tory
zmilkłej, posłusznej, uległej pokory...


ANTYPATER.

Zali nie słyszysz, jak wre, jak się burzy
ten strumień ciżby, który w swej podróży,
nie wiedzieć, dokąd, w jaśnie czy też w ciemnie,
tór sobie znaczy bezwzględny przezemnie,
wskroś mojej duszy i mego rozumu?
Zali nie widzisz, że z tej piany tłumu
tryskają w niebo jakby miecze krwawe,
jakby dziryty, które moją sprawę
wzięły na ostrze i, nim słońce zgasło,
z mojej przewiny straszne czynią hasło
ostatecznego zachodu?... A górą,
ponad tą czernią wrzącą i ponurą,
chwieje się jego gigantyczna postać,
pragnąca czołem do obłoków dostać
i, wpółzamknięte mająca powieki,
by Przeznaczenie, idzie gdzieś w daleki
kościół mych losów, u którego wrótni
czyha śmierć moja... A nad nim — niech smutni
giną z rozpaczy! — wróżby drżą odwieczne —
iże go wybrał Bóg, ażeby sprzeczne
złączył żywioły w jeden zastęp możny,
wielbiący cnotę; że, jak głaz przydrożny,
ma prawo kopnąć każdego swą nogą,
kto grzech mu stawi na drodze, a drogą
mistrza jest prawda — mówi Pan... Tu jedna
deska ratunku: Na bożego posła