Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


AHOLA.

Powiew mnie zwiódł:
byłamci-ć pewna, że zapachy niesie
z ziół, co wyrosły w niedostępnym lesie,
a woń ta płynie z najdroższych warkoczy...
O moje oczy! O szczęśliwe oczy!
Za chwilę żar wasz przypadnie
do ust śmiejących się zdradnie,
w rozkosznej spocznie przystani...


SALOME.

Chyżaś w pochlebstwach, ale nazbyt tani
dajesz mi okup... Widziałam ja wczora,
jak biegły za nim twe spojrzenia... Chora,
żarłoczna chciwość rozwarła swe usta,
aby pochłonąć jego cień... Rozpusta
szarpie ci duszę!... Jesteś — — — !


AHOLA.

Zali mogę
powiedzieć prawdę?... Zastąpił mi drogę
i rzekł, wskazując na twe okna — —


SALOME.

— — Gromem
zabójczym huczał nad tetrarchy domem,
w gruzy rozwalał głaźne fundamenty,
wrzeszczał, że ród tu zamieszkał przeklęty,
stworzon na hańbę i na wstyd, że blizka
godzina pomsty... Wiem, wiem: rumowiska,
plemię jaszczurcze, urąganie bożej,
odwiecznej prawdzie — oto czem się sroży
bezmiar swywoli waszego proroka.
Wielce się dziwię, że dotąd głęboka,
kamienna studnia nie rozlała jeszcze
swojego chłodu na te żary wieszcze...
Daj mi, Jachobod, naramiennik!...