Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


LUCYFER.

A mnie zamknął wrota
Swojego nieba, gdy świadom swej siły,
Nie chciałem? sługą być u Jego tronu,
A tylko równy panować przy równym...
I cóż? czy zniszczył swojego rywala?
Nie! nie! zdarł z niego tylko suknię białą
Swoich pokornych aniołów; w jej miejscu
Krwawi się na mnie ciemnopurpurowy
Płaszcz, godło władzy królewskiej. Z płomiennem
Berłem pochodni w męskiej, twardej dłoni
Przebiegam odtąd cały krąg i w serca
Ludzi wybranych wlewam światłość swoją,
Iżby nie byli stadem wobec Niego
I nie wierzyli w Jego moc, co mocy
Nie miała tyle, by zgnieść przeciwnika,
By mu odebrać nieśmiertelność... »Jestem«!
Mówię do ludzi wybranych: »Patrzajcie,
Jakim jest świat ten, który Jego wszechmoc,
Sławiona przez was stworzyła!« A jeśli
Powie z nich który: »Dobrym, doskonałym
W formie i treści był ten świat, gdy wyszedł
Z rąk Jego twórczych, a tylko przez grzech twój
Stał się nikczemnym, kruchym i bezkształtnym«,
Wnet mu odkrzyknę: »Czemu Ten wszechmocny,
Ten wszechrozumny, wszechwiedny, wszechdobry
Do tego grzechu dopuścił?« Tem jednem
Zmiatam pytaniem budowę ich wiary.
A gdy się znajdą ludzie między nimi,
Którzy w Tamtego wierzą przyrzeczenia,
Że trzeba śmierci najlepszych, by zbawić
Świat ten od śmierci, między czerń ich wiodę
I każę patrzeć, jak mrą ci najlepsi,
I tak powiadam: »Tylu ich umarło,
A spójrzcie tylko na ten tłum, ulepion
Ręką Tamtego!«... I odtąd
W ich ciemnem, smutnem, łzą zalanem wnętrzu