Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XX.
AKACYA.

Ścięto cię prędzej, niźlim się tego spodziewał, ty moja biedna, ostatnia akacyo!
Dziś rano jeszcze, stanąwszy w oknie, patrzałem na twą niezwiędłą dotychczas koronę, oblaną słońcem, które, po dniach chmurnych i słotnych, jaśnieje znów pełnym, prawie upalnym blaskiem.
Zapomniałem na chwilę, że jesień pospiesznie zbliża się do kresu jedwabnych, szarych pajęczyn, że »święto umarłych« tak niedaleko przedemną.
A oto w południe widzę, jak twe warkocze tarzają się w pyle cegieł i dymiącem wapnie, jak chłopak wycina sobie kozikiem gibką twą gałąź i smaga nią bose nogi towarzysza, zaś ten, podskakując wśród płaczu, niema odwagi uciec, a za słaby, by się bronić; jak jeden z mularzy, pożyczywszy siekiery od sąsiedniego rębacza, łupie twój pień na kawały i rzuca je do fartucha kobiety, która przyniosła mu obiad.
Czerwony mur rośnie w mych oczach; z rozkopanej ziemi, tu, gdzie niedawno zielenił się szmat koniczyny z wystającem pierzem bylicy i krzewami łopianu, wystrzeliła gotowa niemal ściana z szeregiem bezszybnych okien, patrzących ciekawie na niewyschnięte błoto.
Rusztowania gną się pod ciężką stopą spracowanych rabów, młode dziewczęta, bez pieśni, bez uśmiechu na