Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wyprowadziły mnie z równowagi, napędziwszy mi coś w rodzaju strachu, któregom na schadzkach z Tobą dotychczas nie zaznał.
Może i z tej przyczyny, że wbrew Twym przypuszczeniom czas mój jeszcze — — —
— Masz na plecach trochę piasku, czekaj, strzepnę go — —
— Dziękuję... Wpadłem do świeżo wykopanego dołu, tam, obok tej cegielni... Spostrzegłem na pierwszy rzut oka: mniej więcej dwa metry długi, a jaki metr szeroki — chciałem się przekonać, czy też miara — — —
— Daj Pan spokój... Wracajmy...
Skierowaliśmy się ku domowi, rozmawiając, że tak się wyrażę, o rzeczach abstrakcyjnych, o ciszy na dalekich wyspach, ocienionych cyprysami, oblanych Oceanem, o zorzach zachodnich, przygasających złocistą smugą na wodach tyreńskiego morza — niezapomniany widok, który nas kiedyś zachwycał ze szczytu Monte Cavo, o absolutnem trwaniu Ducha, o niepojętej treści, zawartej w ludzkim wyrazie: Wieczność.
Przebiliśmy się przez gęsty las świerkowy, po kładce i po kamieniach, obrosłych mokrym, szmaragdowym mchem, przedostaliśmy się na drugi brzeg potoku, aby spocząć pod białym, napół rozwalonym murem.
— Widzi Pani, co za piękny cmentarzyk!... Może wejdziemy.
— Jeśli Pan sobie życzy, nie mam nic przeciw temu.
Pokazuję jej groby, zapadłe wiejskie mogiły.
— Tu — powiadam — leży mój dobry znajomy, Wł. G., tu poczciwy stary proboszcz, z którym grywaliśmy czasem w karty, tutaj panna M. Dzieckiem niemal była, gdy ją tu przyniesiono. Pamiętam: trumna niebieska, owinięta białym welonem, na nim wianek mirtowy, jak przystało na oblubienicę Pana Jezusa; rówieśne jej, przepasane szarfami, niosą chorągwie i feretrony, ludzie śpiewają: Kto się w opiekę...
Wie Pani, jednego tylko nie pojmuję: dzisiejszy za-